Część 1 – Podkarpacie.

Przygotowanie do sezonu kolarskiego? Zacznę od tego, że absolutnie nie neguję wyjazdów do zimowo-wiosennej, kolarskiej stolicy Polski. Wierzę we wszystko i troszkę zazdroszczę każdemu, kto opisuje swoje wrażenia z pobytu w tym rowerowym raju. Bajkowe podjazdy, szalone zjazdy, magiczne, bezkonkurencyjne widoki i raczej pewna, doskonała pogoda. Nie bez powodu jest to ulubione miejsce do przedsezonowych przygotowań wielu drużyn zawodowych (chociażby CCC Spradni) i amatorów. Bo również wśród nas co raz częściej pojawia się przekonanie, że w dobrym tonie jest zorganizowanie sobie przynajmniej tygodniowego pobytu w słynnym Calpe dla zbudowania formy na wiosenne starty.

No dobra, ale co jeśli się bardzo chce, ale z jakichś powodów się nie da? Albo nie ma środków, żeby spakować swój wygłaskany sprzęt i tam pojechać? Każdy może mieć takie Calpe, na jakie zasłużył. I zdecydowane każdy może znaleźć swój kolarski raj 😉

Wiosenny kolarski obóz przygotowawczy.

Mój wiosenny, kolarski obóz przygotowawczy 2017 zaczął się 27 marca w podkarpackim mieście Przeworsk.

Zazwyczaj ludzie zaczynają urlopy w piątek po południu, ale z racji mojej pracy… zacząłem w poniedziałek – tak, pracuję w gastro.

O 10:01 z serca Krakowa wyruszył, wraz z czteroosobową załogą (rower, dziewczyna, ja i pies Bąbel) samochód marki Peugeot. Spakowany jak na miesięczną wyprawę obrał kurs na wschód i pomknął autostradą A4 w znanym sobie kierunku.

Podkarpacie przywitało nas piękną pogodą i niesamowicie silnym wiatrem, który na parkingu pod blokiem nie był jeszcze tak bardzo odczuwalny.

Byłem tu już wiele razy, ale nigdy na dłużej i w końcu (pierwszy raz) zabrałem rower.

Tereny znam mniej więcej, z naciskiem na mniej. Nie zaplanowałem szczególnie dzisiejszej trasy, więc po prostu ruszyłem przed siebie.

Etap 1. Przeworsk – Jarosław – Korczowa – Przeworsk

60, no góra 80 kilometrów na dobry początek, pomyślałem.

bajkowe trasy

Pojechałem w kierunku Jarosławia, a dalej to jakoś koła same poniosły. Chociaż we wstępnym zarysie miałem skręcić w stronę Leżajska, to wiatr przyjemnie wiejący w plecy namówił mnie na sprinterski trening z gatunku „gdzie koła poniosą”. Kilometrów na liczniku przybywało, a na przydrożnych tablicach odległość do Korczowej szybko malała, więc stwierdziłem, że co mi tam i dojadę sobie do rogatek naszego pięknego kraju. Tak sobie mknąłem radośnie i prawie, że niespostrzeżenie skończyła się Polska 😉

granica państwa

Przybiłem orzełkowi na przygranicznym znaku piątkę i nawrotka. Nie cierpię w obydwie strony jechać tą samą drogą. Zrobiło się jednak już trochę późno i stwierdziłem, że nie ma co bujać się po nieznanych wioskach i znając siebie pobłądzić, więc jakoś wytrzymałem do Jarosławia. Ostatecznie wyszło 108 kilometrów. Średnia 29,6. Biorąc jednak pod uwagę, że do Korczowej przeciętna prędkość wyniosła prawie 42, to szybko można policzyć o ile wolniej wracałem… Tak wiało:

Mówią, że kolarzowi wiatr zawsze wieje w twarz. W bardziej górzystych terenach, nawet pod najsilniejszy po płaskiej drodze nigdy nie zdarzało mi się jechać momentami 20 km/h! Na wschód płaszczarium maximum, wzdłuż drogi prawie same pola, więc widać efekty. Nie sprawdziłem z jaką prędkością wiatru musiałem walczyć, ale była spora.

Co do moich wrażeń to doskonały odcinek (chociaż może nie koniecznie na aż tak sporej długości) do ćwiczenia czasówek. Absolutnie płasko – na 100 km zaledwie 400 metrów przewyższenia, z czego większość w okolicach Jarosławia. Fajna trasa na rozjazd. Dla kogoś kto nigdy w tych stronach nie jeździł na rowerze dodatkowo interesująca pod względem widoków no i oczywiście bonusik w postaci wycieczki do przejścia granicznego.

Etap 2. Przeworsk – Kalwaria Pacławska – Przemyśl – Przeworsk

Miało być 140 – 150, wyszło 183,3 kilometra i 7 godzin w siodle.
Zaczęło się od trzęsienia ziemi, a później było tylko ciekawiej.

Znów niemiłosiernie wiało. Jakieś 15 km po wyjechaniu z bazy chciałem sprawdzić nazwy kolejnych miejscowości na trasie w moim papierowym GPS-ie

papierowy gps

Silny podmuch wiatru spowodował, że jakimś sposobem rozerwał się foliowy woreczek, w którym była też karta płatnicza. Poczułem tylko jak odbija mi się od uda i tyle ją widziałem. Po pół godziny poszukiwania zadzwoniłem na infolinię banku do przemiłej pani, która oczywiście zablokowała aktualną kartę i zamówiła nową, a przy okazji próbowała wcisnąć kredyt… Argumenty, że jestem na treningu, noga stygnie i stoję właśnie w szczerym polu nie były wystarczająca, ale ostatecznie rozmowę udało się zakończyć w miły sposób.

podkarpacie

Ruszyłem dalej podziwiając nasłonecznione kartofliska południowo-wschodniej Polski. Im dalej od głównego szlaku komunikacyjnego, biegnącego od Rzeszowa do Przemyśla, tym bardziej krajobraz przypominał okolice Bieszczad.
Jak pisałem wcześniej województwo podkarpackie to dla mnie tereny bardzo mało znane. Przyzwyczajony, przez 25 lat swojego dotychczasowego życia, do widoku niesamowicie gęstej, małopolskiej zabudowy, byłem pod tym większym wrażeniem pustych po horyzont przestrzeni, ciągnących się często przez kilkanaście kilometrów.

podkarpacie

Green Velo Wschodni Szlak Rowerowy. Niestety nie jestem już w stanie zlokalizować miejscowości, w której na niego wjechałem. Wstyd też się przyznać, ale wcześniej nie miałem pojęcia, że coś takiego istnieje.

Żeby przedstawić trochę praktycznych informacji na jego temat zacytuję fragment opisu ze strony www.rzeszow.pl

Wschodni Szlak Rowerowy Green Velo to najbardziej spektakularny projekt rowerowy, jaki do tej pory zrealizowano w Polsce. To ponad 2000 km specjalnie wytyczonej trasy (trasa główna 1887,5 km, trasy łącznikowe i boczne: łącznie 192 kilometry), którą od początku do końca przygotowano po to, aby dawała radość podróżowania i poznawania. Szlak wiedzie przez pięć województw wschodniej Polski (warmińsko-mazurskie, podlaskie, lubelskie, podkarpackie i świętokrzyskie). Już samo poznanie każdego z nich z osobna stanowi niezwykłe doświadczenie, a poznanie ich wszystkich zdaje się być jak czytanie wspaniałej baśni.

Wschodni Szlak Rowerowy Green Velo jest najdłuższym, spójnie oznakowanym szlakiem rowerowym w Polsce. Przebiega głównie po asfaltowych drogach publicznych o niskim natężeniu ruchu pojazdów, przez obszar pięciu województw leżących we wschodniej części kraju: warmińsko-mazurskiego (397 km), podlaskiego (598 km), lubelskiego (414 km), podkarpackiego (459 km) i świętokrzyskiego (210 km). Niemal 580 km (29% długości trasy) stanowią odcinki prowadzące przez tereny leśne, a 180 km (9% długości trasy) przypada na doliny rzek.

podkarpacie

Za wymyślenie trasy, jaką prowadzi ten szlak jego pomysłodawca powinien dostać rowerową nagrodę Nobla 😉 Oznaczenia faktycznie bardzo dobre i jeśli ktoś chciałby się wybrać śladem Green Velo od początku do końca, to na pewno się nie pogubi. Jechałem tylko małym fragmentem odcinka podkarpackiego, ale wrażenia z tego przejazdu niesamowite. Prze cudowne widoki. Łąki, pola, lasy i praktycznie zerowy ruch samochodów. Bajkowo! Ogromne wrażenie zrobił na mnie most na Sanie, który został podzielony na 2 pasy. Jeden dla samochodów, które przepuszczane są wahadłowo raz z jednej, raz z drugiej strony przez sygnalizację świetlną. Drugi pas przeznaczono natomiast w całości dla rowerów. A widok z mostu taki

most na sanie

Kierując się na Kalwarię Pacławską musiałem zjechać ze szlaku. Wtedy też nawigacja w telefonie zaczęła delikatnie wariować i wyprowadziła mnie jakimiś wąskimi uliczkami do czyjegoś domu… Nadrobiłem parę kilometrów i znów byłem na właściwym kursie do momentu, kiedy skończyła się droga asfaltowa, a zaczęła bita. Droga niby całkiem nieźle utwardzona, ale niezbyt przyjaźnie wyglądająca dla szosówki.

flandria

Dalej stawała się już tylko gorsza, ale wizja powrotu i szukania asfaltu przez nie wiadomo ile kilometrów przegrała. Ostatecznie obeszło się nawet bez żadnego kapcia. No i trening można było poszerzyć o 3 kilometry podkarpackiej Flandrii 😉

Do samej Kalwarii dotarłem też nie bez problemów. Niby była na wzniesieniu strzałka pokazująca, że Kalwaria prosto, ale to prosto rozgałęziało się na 3 drogi. W myśl mojej starej zasady: jak nie wiesz, gdzie skręcić, to jedź w lewo – pojechałem w lewo. Niestety tym razem w złe lewo. Drugie podejście też nie było najtrafniejsze, ale jak to mówią: do trzech razy sztuka…

kalwaria pacławska

Sam podjazd pod klasztor oceniam w sumie jako całkiem przeciętny. Wiele osób ma o nim opinię jakiegoś mordercy niewiniątek, ale chociażby Maków jest o wiele trudniejszy. Nie powiem, że noga nie zapiekła, zwłaszcza już po 100 km, ale tak realnie patrząc to ani on długi, ani bardzo stromy. Jak na podkarpackie góry to jednak całkiem duże wzniesienie.

Kalwaria Pacławska robi ciekawe wrażenie. Szkoda, że jeszcze nie było zielono, bo byłaby zdecydowanie bardziej urokliwa, ale mimo wszystko pięknie. Klimat wioski trudny do opisania. Piękny, duży klasztor dominujący nad całą miejscowością i te kilkadziesiąt małych, leciwych domków ułożonych przy kilku uliczkach. I niesamowita cisza. Nie byłem tam długo, ale nie spotkałem nikogo przejeżdżając przez wąskie uliczki Kalwarii. Minął mnie też tylko jeden samochód. Podobno ten niezwykły spokój znika tylko na kilka dni w roku.

green velo

Powrót był już na szczęście mniej nieprzewidywalny. Droga na Przemyśl, a stamtąd w kierunku Rzeszowa choć zdecydowanie mniej skomplikowana to też niestety mniej atrakcyjna. Co do miasta Przemyśla. Kolejny raz województwo podkarpackie mnie niesamowicie pozytywnie zaskoczyło. Bo czy ktoś z was miał kiedykolwiek okazję korzystać w jakimś mieście z rowerowej obwodnicy? A w Przemyślu bardzo proszę. Od wjazdu z drogi wojewódzkiej 881, aż do wyjazdu na Rzeszów. W mojej ocenie genialna sprawa, którą powinno się stosować w każdym mieście. Takie rozwiązanie ma tylko jedną wadę – uniemożliwia nacieszenie oczu widokiem atrakcyjnego centrum miasta, ale nie da się mieć wszystkiego 😉

Etap 3. Przeworsk – Łańcut – Przeworsk

Regeneracyjne 55 km po wczorajszych harcach, dla odmiany – wietrznie.

W tę stronę zabudowa zdecydowanie gęstsza. Droga przez wsie o tyle ciekawa, że można zobaczyć dużo starych domów, wybudowanych w stylu charakterystycznym dla tego regionu Polski.

Płasko, płasko i ewentualnie płasko. Do Łańcuta pod wiatr, ale już zdecydowanie mniej odczuwalny.

łańcut zamek

W prawie rekreacyjnym tempie, zaledwie dwukrotnie prawie potrącony przez samochód dotarłem do jednego z najatrakcyjniejszych miast w tej części kraju. W zeszłym roku miałem okazję zwiedzać zamek i wszystkie budynki dookoła, więc tylko rundka honorowa po centrum, fota na tle zabytku i szybki powrót drogą E40.

3 dni, 345 kilometrów, 12,5 godziny jazdy i nieopisanie piękne widoki odkrywanego dla siebie województwa. Bilans całkiem przyjemny. Przeżycia bardzo pozytywne i jakaś mała baza na przyszłość jeśli idzie o orientację w tutejszym terenie. No bo przecież nie sposób tu nie wrócić, żeby odkryć kolejne bajkowe trasy 😉 A teraz czas na Beskidy!

Pin It on Pinterest

Share This