Przehyba – L’Alpe d’Huez Beskidu Sądeckiego.

Najtrudniejszy, najdłuższy i najpiękniejszy podjazd Sądecczyzny. Kto był, ten wie 😉

Ostatni dzień wiosennego zgrupowania. Niedzielny trening z gatunku tych po kościele, przed obiadem. Czasu niestety nie dużo, więc tylko szybki skok i zjazd, bez innych atrakcji.

Ostatni raz byłem tu w czerwcu zeszłego roku, kiedy to z kilkoma znajomymi zrobiliśmy sobie rekreacyjny, 240-to kilometrowy wypad z Krakowa. Oczywiście na rowerach 😉

Dzień 7. Brzezna – Gołkowice – Przehyba – Brzezna

Przehyba w skrócie i w liczbach.

Według rankingu najtrudniejszych podjazdów w Polsce zajmuje zaszczytne, czwarte miejsce. Tabliczka na ścianie schroniska informuje: 1175m n.p.m (Strava widocznie delikatnie przekłamuje, bo według danych aplikacji to 1142m). 11,6 km podjazdu o średnim nachyleniu 7%. 806 metrów w pionie i wąska, kręta droga przez las, która kończy się błotnisto-szutrowym odcinkiem, jakieś 500 m przed schroniskiem. Czy do kolarskiego szczęścia potrzeba czegoś więcej?

Najdłuższy i najtrudniejszy podjazd sądeckich okolic zostawiłem sobie na deser. Wstępny plan był co prawda trochę inny, bo miał to być punkt na trasie do Niedzicy i solidna rozgrzewka przed Przełęczą Knurowską, ale że życie różnie weryfikuje plany trzeba było pójść na delikatny kompromis.

Niedzielny pranek, piękna pogoda i (jeszcze) niewielki ruch. W centrum Brzeznej w prawo i przez Gostwicę i Stadła do Podegrodzia. Dalej prosto, a na rondzie w Gołkowicach Dolnych w lewo na Stary Sącz. Jeszcze kawałek prosto i na kolejnym rondzie w prawo. Gołkowice Górne i rozjazd.

przehyba

Od rozwidlenia przy kościele do szlabanu 5,8 km. Na początku droga wygląda niewinnie. Delikatne wzniesienie i piękna, spokojna wieś, gdzie w dużej części zachowała się stara, charakterystyczna dla tego regionu Polski zabudowa. Na większą skalę idealnie odwzorowana w nowosądeckim skansenie, w tych stronach pokazuje jeszcze gdzieniegdzie ślady swojej naturalnej obecności.

podjazd pod przehybę

Prawdziwa zabawa zaczyna się dokładnie w drugiej połowie podjazdu, za szlabanem 😉 Samochody, poza tymi z przepustkami, wstępu tu już nie mają, ale czasem trzeba przeciskać się przez grupki pieszych.

5,8 km walki z własnymi słabościami i górą, która w krytycznym momencie ma nachylenie wynoszące 28,8%.

Na trasie jeszcze na szczęście w miarę pusto. Poza kilkoma osobami i psem, którego chyba trochę zdenerwowała moja powolna jazda pod górę, nie spotkałem zbyt wielu miłośników górskich wędrówek.

droga na przehybę

Zakręt, potem kolejny i kolejny… Stromo, ale w większej części jednostajnie, więc można jechać w miarę równym tempem. W nogach mocno już czuć kilometry mijającego tygodnia, ale mimo wszystko nie jest aż tak źle. Na asfalcie, rozpoczynając od szlabanu, co kilometr oznaczenia, ile jeszcze do szczytu. Męczarnia dająca niesamowitą radość. No bo to chyba trochę tak z tym kolarstwem jest, a im większe zmęczenie, tym większa satysfakcja. Samych kolarzy, w takich sytuacjach, też można podzielić na dwie grupy. Bo chociaż dla każdego to ciężka walka z sobą, to cel już nie koniecznie musi być jeden.

No bo jedni lubią brnąć w liczby. Waty, kadencja i średnia na segmentach. Kolarstwo cyfrowe w sztywnych ramach. I wiem, że teraz ta wygląda sport, ale całe jego piękno gubi się tych rachunkach.

Inni jadą sobie po prostu. Dla zdrowia i widoków. Mają inne cele, a samo pokonanie podjazdu to już duży sukces.

Ja jestem gdzieś pomiędzy tym. Lubię wiedzieć ile i jak szybko. Staram się uprawiać kolarstwo jednak romantyczne, chociaż nie jeżdżę dla samej jazdy. Trenuję, żeby się ścigać, ale podchodzę do tego trochę inaczej. Nie mam garmina, ani pulsometru. Nie jeżdżę dla watów i kom-ów na stravie. I chociaż po treningu analizuję trasę, to stravę mam uruchomioną bardziej w celu rejestrowania swoich wycieczko-treningów. Raczej słucham własnego organizmu i zawsze daję z siebie 100%. Może to mało profesjonalne, ale trudno. I mimo wszystko zazwyczaj utrzymuję się w czubie peletonu. A im większa góra tym lepiej, bo trudniej, ale też ładniejsze widoki. I kiedy ktoś mnie zapyta o to, jak podjazd pod Przehybę to nie odpowiem, że nie wiem, bo patrzyłem tylko w licznik, ale że na górze jeszcze 2.04 było tyle śniegu 😉 (chociaż już wiem z komentarza, że stopniał).

przehyba

Od Głokowic do końca asfaltu przed schroniskiem w 44 minuty i 7 sekund. Szału nie ma, bo o 8,5 minuty wolniej, niż rekordzista podjazdu, ale i tak O 11 minut i 45 sekund szybciej niż ostatnio. Chociaż tamto było już po przejechaniu ponad 100 km z Krakowa i przed wizją powrotu, więc nie wiem czy się liczy 😉

przehyba mała

przehyba

Spokojny powrót tą samą drogą. I ten najgorszy, ze wszystkich podjazdów, które do tej pory pokonałem… Droga do domu. Fragment podjazdu pod Litacz, o którym kiedyś pisałem. Ani ten odcinek góry stromy, ani bardzo długa, ale za każdym razem, jak człowiek wraca utyrany z treningu i chce już sobie spokojnie zrobić rozjazd, to na sam koniec jeszcze kilometr wspinaczki. Cóż, taki mamy klimat i takie uroki mieszkania w tych pięknych Beskidach 😉

Podsumowując Wiosenny Kolarski Obóz Przygotowawczy 2017.

wiosenny obóz kolarski

7 dni, 650 kilometrów, 24 godziny jazdy i ponad 6,000 m w pionie. Granice 2 państw, 2 województwa, 10 miast i niezliczona ilość wsi.

Cudowne widoki, nowe i stare trasy, kolejne doświadczenia, idealna pogoda i pierwsza kolarska opalenizna tego roku 😉

Jak zawsze za krótko i za mało, ale jak się człowiek trochę wytęskni, to jakoś zawsze wraca z tym większa przyjemnością.

Więc jak? W przyszłym roku na pewno Calpe na wiosenne przygotowania do kolarskiego sezonu?

Pin It on Pinterest

Share This