Skoda Bike Challenge Poznań 2017 – masówka jakich mało, czyli golić nogi każdy może. Największy kolarski wyścig w Polsce. Z ponad 6000 osób biorących udział w zawodach, tylko na dystansie 120 km wystartowało około 2000 kolarzy. Ukończyło 1514… Selekcja nie tylko pod względem przyszłorocznych mistrzostw świata. Co więcej? Zapraszam na relację z frontu!

Jechać 500 km po to, żeby zrobić rowerem 120 po płaskim i godzinę po wyścigu gnać już na powrotny pociąg do Krakowa? Czemu nie! Gdyby nie zaproszenie od Shimano, gdzie zostałem wydelegowany, jako reprezentacja GO RIDE, pewnie w życiu bym się nie zdecydował na podobne wariactwo. Chociaż…

Cała zabawa rozpoczęła się dość wcześnie, bo w sobotę po 5 rano. Zasadniczo kierunek moich startów to mniej lub bardziej odległe południe, względnie zachód Polski. Na północnych płaszczyznach raczej nie zakładałem szukania swoich szans na jakiekolwiek wyniki.

O 6:56 ruszyła ze stacji lokomotywa. Po intensywnych wyliczeniach jednoznacznie okazało się, że to najlepsza opcja transportu. 5 i pół godziny w pociągu relacji Kraków – Szczecin umila lektura przeplatana co raz to bardziej powtarzalnym widokiem z okna.

Po dotarciu na dworzec i zmianie gabarytu transportu szynowego na bardziej śródmiejski wylądowaliśmy na poznańskiej Malcie po godzinie 13. Jeszcze tylko półgodzinny spacer bulwarem wzdłuż malowniczego toru wioślarskiego i można było w końcu porzucić dzielnie dźwigany dobytek na podłodze hotelowego pokoju.

Wizyta w krainie czarów

 

Każdy członek kolarskiego bractwa wie, że ten sport nierozerwalnie wiąże się z dwoma eliksirami – kawą i piwem. Z racji tego, że nie znaleźliśmy się ani w Kolumbii, ani w Italii, ale jednej ze stolic polskiego browarnictwa grzechem byłoby nie odwiedzenie lokalnej wytwórni złocistego napoju. Shimano, jak przystało na dobrego gospodarza, zadbało o to, abyśmy podczas naszego pobytu nie opuścili tak ważnego miejsca.

Teraz chciałbym napisać, że po kolacji krótka przejażdżka bulwarami i luźny wieczór przed jutrzejszym wyścigiem, ale… nic z tych rzeczy! Były już spektakularne upadki, był kapeć na wyścigu w Wysowej. Co więc teraz?! Urwana dźwignia zmiany zbiegów w prawej manetce! Tego jeszcze nie było. Gdyby w lewej, to jeszcze nie problem, bo na zrzucanie z blatu raczej się nie zapowiadało, ale w prawej…!!! Rzutem na taśmę udało się złapać mechaników Shimano, zbierających się do hotelu z miasteczka rowerowego. Żeby nie było tak prosto – jeżdżę na Campagnolo… Spoko mówi pan Arek, wpadnij jutro przed 8, coś poradzimy.

shimano polska

Udało się na szczęście z opcją mniej bolesną dla portfela – reanimacja poszła pomyślnie (drugą opcją była wymiana całej manetki i tylnej przerzutki na Shimano). Wyrzucanie na lżejsze przełożenia może nie było najbardziej komfortowe, bo od wciskania krótkiej i ostrej pozostałości dźwigienki przez 3 dni po wyścigu bolał mnie środkowy palec. W każdym razie dało się jechać 😉

Bike Challenge Poznań 2017 – czas… ! … start…

 

Niedziela. Start dystansu 120 km. zaplanowany na 12:00, ale już około 11 wiadomo było, że będzie opóźnienie. Jak duże? Informacje miały pojawiać się na bieżąco. Pogoda idealna, bo jakieś 15-17 stopni i deszcz. Pojawiła się informacja, że może przed 13 wystartujemy, więc o 12:40 ustawiliśmy się grzecznie (Tomek, Mateusz, Jan (nie Janek) i jeszcze kilku gości w niebiesko-czarnych koszulkach Shimano) w fantastycznym sektorze B.

Doskonała aura, z każdą kolejną minutą oczekiwania na start, poprawiała nastroje prawie 2000 kolarzy stłoczonych w 250-cio osobowych grupach. Gwizdy, narzekania i dziesiątki selfie z ciekawymi podpisami nie zrażały organizatorów, którzy dzielnie wstrzymywali nas do momentu, aż ostatni zawodnik z krótkiego dystansu przejedzie przez punkt kolizyjny na złączeniu tras.

licznik bezprzewodowy krc433W

Już wystarczająco dużo gromów spadło na głowy osób odpowiedzialnych za czuwanie nad imprezą. Nie będę się do nich dokładał, ale chciałbym poznać odpowiedź tylko na jedno pytanie: dlaczego krótki dystans startował przed długim??? Zdarzało mi się już kilka razy brać udział w różnych zawodach i zazwyczaj to ci, którzy mają najwięcej do przejechania startują pierwsi…

Kolarze z najlepiej wyrzeźbionymi łydami zostali przydzieleni pierwszego sektora. Już na starcie było raczej pewne, że mamy po zawodach, mimo że czas liczony będzie netto, a więc te 2 minuty, o które później ruszyliśmy na trasę nie mają mieć znaczenia. Teoretycznie.

Co tam panie w peletonie?

 

peleton skoda bike challenge 2017

Około 13:40 udało się przepchnąć zatory i bezpiecznie ruszyć na poznańskie drogi. Sam wyścig przypominał wszystkie płaskie etapy większych i mniejszych tourów, z tą różnicą, że od peletonu nie oderwała się ucieczka, która musiała zostać złapana na kilkaset metrów przed metą. Każdy wiedział, że przed nami gna rozpędzony pociąg kilkudziesięciu byłych i obecnych prosów z torowym mistrzem świata w jednym z wagonów. Nie było innego wyjścia, jak tylko ambitnie gonić.

Pewnie z połowa osób miała sobie dużo do udowodnienia, bo zawód spowodowany brakiem miejsca w czołowej grupie był chyba dominującym uczuciem. Kiedy po 30-40 przejechanych kilometrach tempo ustabilizowało się na poziomie 40-45 km/h wyścig nabrał rumieńców. Pierwsza, druga i kolejne grupki tych, którzy nie wytrzymali z najlepszymi zręcznie wchłanialiśmy do organizmu naszego peletonu. Z przodu więcej pracy, ale przynajmniej bezpiecznie. Nie było okazji odwrócić się za siebie, ale kilka razy okrzyki dobiegające z tyłu peletonu przypominały bardziej pole bitwy, niż zawody kolarskie. Na poboczach poobijani i zakrwawieni panowie. Do tego latające w powietrzu rowery i połamane koła za dziesiątki tysięcy złotych. Cóż zrobić, taki sport.

Na około 50 km przed metą zapachniało zwrotem akcji, bo doszliśmy wielki peleton, który przywitał nas niebyt entuzjastycznie. Chyba dla wszystkich było jasne, że najlepsi są już dobre kilka minut przed nami, ale przynajmniej jest realna opcja uplasowania się ciut wyżej niż w „TOP 250”. Przebicie się na czoło grupy trochę trwało, ale znów udało się znaleźć na szpicy i, jak przystało na rasowego górala, naciągać peleton na kolejnych płaskich kilometrach.

O ile trasa dość dobrze zabezpieczona i przyzwoicie oznaczona, to sam dojazd do mety przypominał trochę to oczekiwanie w sektorze przed startem. Zakładając, że na inny finisz, niż z dużej grupy, jest może… jeden promil szans doskonałym rozwiązaniem było zwężenie drogi na ostatnim kilometrze do jednego pasa. Dziesiątki Saganów i Greipelów przepychając się łokciami do przodu, spychały co wątlejszych, zmuszając nas do oglądania swoich pleców. Ciężko powiedzieć komu z naszej grupy pościgowej przypadły ostateczne zasługi zwycięzcy przysłowiowej czapki gruszek, ale to już jest mniej istotne.

nogi kolarza

Nowy cel na sezon kolarski 2018

 

Przeżyłem. Bo biorąc pod uwagę to wszystko, co działo się w peletonie, wcale nie była to taka „oczywista oczywistość”. Cieszę się, że wystartowałem, ale chyba jednak większą radość dało mi to, że w całości ukończyłem. Co do samego wyścigu… Myślę, że delegacja z Poznania może udać się w lipcu pod Giewont, gdzie organizatorzy TRR mogliby udzielić kilku nieobwiązujących sugestii. Dobrze jednak, że mamy w naszym pięknym kraju nad Wisłą wyścig takiej ragi, jak wielkopolski Bike Challenge. Ze swojej strony mogę natomiast obiecać, że skoro już przy moim nazwisku pojawiła się literka Q, to w przyszłym roku zrobię wszystko, żeby we Włoszech poprawić swoją pozycję na tamtejszym Gran Fondo 🙂

Pin It on Pinterest

Share This