Podhale Tour etap 1

Podhale Tour etap 1, odsłona szósta. Wielkie ściganie pod Tatrami i zapowiedź rosnących emocji na kolejnych etapach. Pozycja obowiązkowa w planie startów każdego ambitnego amatora. Wyścig kolarski na najwyższym poziomie z widokami rekompensującymi niedosyt z odleglejszych miejsc.

peleton podhale tour

Dużo dobrego słyszałem o tych zawodach. W zeszłym roku tak się złożyło, że ani raz nie dane mi było się wybrać. 3 razy nie poszło z wolnym w pracy, za czwartym podejściem byłem nawet już spakowany, ale na wieczór przed rzekomym startem okazało się, że pomyliłem dni i wyścig jest nie w sobotę, jak mi się wydawało, a w niedzielę. Tak, że tego… 😉 W tym roku wszystko ma być inaczej, a że w końcu normalna praca, to i weekendy na zawody wole!

Tak więc na 5 dni przed wizytą w piekle południa (o czym napiszę następnym razem), które podobnie mnie fascynuje, jak przeraża, nieco krótsza zapowiedź atrakcji czekających na rubieżach Nowego Targu. Pierwszy z czterech etapów popularnego cyklu zawodów w kolarstwie szosowym po podhalańskich drogach. Trasa, którą warto było przejechać nawet dla samych widoków, które stały doskonałą nagrodą pocieszenia dla większości śmiałków. 71,2 kilometra rywalizacji, rozpoczętej przez 139 osób i niezmiennie jeden zwycięzca, o nazwisku doskonale znanym każdemu miłośnikowi szosowych startów.

14 maja 2017. Dzień zawodów, na które ciągle nie ma formy, ale warto wziąć udział z każdego powodu. Pobudka o 6:11. Torba spakowana już dzień wcześniej, żeby oszczędzić te kilka minut rano. Spacer z psem i śniadanie – owsianka z dżemem, czekoladą, masłem orzechowym, bananem i pomarańczą. Klasycznie jakieś 500 g. przedwyścigowego paliwa. Rower do bagażnika i kurs na Czarny Dunajec.

Po 10-tej na miejscu przywitał nas zapach smażonej kiełbasy i niezbyt długa, ale niesamowicie mozolnie przesuwająca się kolejka do biura zawodów. 40 minut stania, wydatek 180-ciu polskich złotych i w nagrodę pamiątkowy medal oraz 199-ty numer startowy, który ma mi towarzyszyć jeszcze trzy razy na tej imprezie.

Start pierwszego etapu zawodów kolarskich o Puchar Podhala.

Miało być spokojnie, z zapasem czasu na wszystko, a wyszło jak zwykle. Przed startem tylko kilkuminutowa rozgrzewka, bo na więcej niestety nie starczyło czasu. W końcu wybiła godzina 0 i dokładnie w południe rozległ się trzask dwustu siedemdziesięciu ośmiu sprężyn w pedałach, a peleton ruszył na trasę Podhale Tour 2017.

Z początku płasko. W jednej, zawartej kolumnie, za radiowozami i samochodem sędziowskim. Momentami nerwowo, bo choć tempo niezbyt szalone, to drogi wąskie i kręte. Ruch też niby wstrzymany na czas przejazdu peletonu, ale kilku kierowców stwierdziło, że będzie ponad tym i na upartego próbowało przejechać. Z tego co wiem tym razem żaden kolarz nie został potrącony…

Po dziesięciu kilometrach start ostry. Klasycznie grupa zaczęła się rwać. Pierwszy podjazd pod Ząb dość poważnie zmasakrował peleton, a z całej stawki zostało najwyżej 50-ciu kolarzy. 15 km ciągłej jazdy pod górę to niezbyt częsty przywilej. Chociaż jak się z nią walczy w tym ekstremalnym tempie, którego nawet przy najbardziej ambitnym treningu nie sposób powtórzyć, to w głowie wrzeszczy się pytanie „ile jeszcze?!”, bo cała reszta to niezbyt kulturalne wyrazy 😉

podhale tour tatry

Problemy zaczęły się… a jak by mogło być inaczej?! Na zjeździe. Puściłem koło i przez kolejne prawie 20 km zrobiłem sobie odcinek jazdy indywidualnej na czas. W pojedynkę z rozpędzonym peletonem nie ma szans. Szkoda, że żadna grupka z tych, który gdzieś po drodze strzelili nie pojawiła się wcześniej. Dużo sił kosztowała ta samotna wycieczka. I co prawda udało dogonić czołową grupę w kilkuosobowym składzie, kiedy w końcu pojawili się towarzysze, ale bardzo nierówne, mocne tempo i długie kilometry pogoni za pierwszą grupą, szybko przyniosły swoje żniwo. Drugi podjazd pod Ząb stał się sporym wyzwaniem, przynajmniej w tempie, które narzucił Wójcik. Znów samotnie dotarłem do szczytu. Na zjeździe doskoczyła do mnie kilkuosobowa reprezentacja Nowotarskiego Klubu Kolarskiego i w takim składzie radośnie dotarliśmy do mety 😉

Podsumowując pierwszy etap Podhale Tour.

Niedosyt. To główne uczucie, które mi towarzyszyło po przejechaniu linii mety. Nawet nie z powodu miejsca, chociaż 34 pozycja na liście wyników to dla mnie marne osiągnięcie, ale z powodu braku sensownych treningów i takiej ilości czasu na rower, jaką chciałbym przeznaczać. Nie ma jednak co złościć się na rzeczy, na które nie mamy wpływu. Na pewno pojechałem na 100% tego, na co było mnie aktualnie stać. I nie mam wyrzutów sumienia, bo uważam, że zrobiłem ile się dało przed zawodami, a że dało się tylko tyle, to efekt jest potwierdzony. Wiem, że będzie lepiej. Forma powoli rośnie. Na nowotarskiej etapówce będzie jeszcze odległa od najwyższej, ale i tak jestem dobrej myśli, a co ma być to się wydarzy.

Obiektywnie to kawał dobrego ścigania po najpiękniejszych trasach w Polsce. Wymagająca i dobrze przemyślana trasa zdecydowanie pomaga w promocji wydarzenia, a poziom trudności i dobra organizacja sprawiają, że każdego roku na starcie pojawia się co raz więcej amatorów szosowego ścigana. Kolejny etap tegorocznej edycji już 4 czerwca w Rabce Zdroju. Do zobaczenia na starcie! 😉

podhale tour meta

Pin It on Pinterest

Share This