Krew, pot i łamany karbon, czyli Klasyk Beskidzki 2017 od środka.

Klasyk Beskidzki – liga mistrzów amatorskiego kolarstwa szosowego. 57 kilometrów, które na jeden dzień stają się najtrudniejszym dystansem Twojego życia.

380 osób stłoczonych na starcie przed zajazdem o dźwięcznej i smakowitej nazwie „Pstrąg”. 380 osób, z których może połowa wiedziała z czym przyjdzie się mierzyć przez najbliższe „tylko” 57 kilometrów. Z przodu, w wydzielonym sektorze szczęśliwa 80-tka, która w poprzedniej edycji zajęła lokaty od 1 do 80 i cała reszta za nimi. W tym ja, gdzieś daleko w tyle.

Z tego powodu, że był to mój pierwszy raz na Klasyku nie mogłem liczyć na miejsce w uprzywilejowanym sektorze. To, że po starcie przebicie się do pierwszej grupy nie będzie proste było pewne, ale nie wiedziałem, że okaże się aż tak trudne.

Zaczynamy VII Klasyk Beskidzki!

O 10:25 wystartował wielobarwny peleton. Jedni w walce o wygraną, inni dla sprawdzenia siebie, a inni po to, żeby po prostu przejechać się i zobaczyć jak to jest być częścią takiego zjawiska.

Od samego początku bardzo nerwowo. Na czele samochód techniczny, który do momentu startu ostrego (3 km po starcie honorowym) dyktował tempo nie większe niż 30 km/h i nie pozwolił harcownikom na szybkie ataki. Mimo tego niemiłosiernie rozciągnął się ten pociąg. Pierwsi zawodnicy już dawno pedałowali, kiedy ja dopiero mogłem wpiąć drugą nogę i jakoś ruszyć. Od startu szalona gonitwa, żeby jakoś do nich przeskoczyć. Z koła na koło, ale wielki ścisk. Szarpanie i nerwy. Ciągłe krzyki „uwaga!”, hamowanie prawie do zera i znów ogień. Do piątego kilometra dwie mniejsze wywrotki i jedna poważniejsza kraksa, którą jakimś sposobem udało mi się ominąć. Ciągle pod górę, a na licznik pokazuje prawie 30. Ogromna selekcja, bo z całej stawki już po pierwszym podjeździe utrzymało się może 100-120 osób.

Po 10-ciu kilometrach zaczął się kryzys. Nie było go w planach, ale niesamowicie rwane tempo i szaleńcza pogoń za czołówką zaczęły dawać o sobie znać. Gdyby wyścig odbywał się początkiem kwietnia byłoby za pewne zdecydowanie lepiej. Wiosenne przygotowania do sezonu wyszły całkiem sensownie. Niestety ostatnie tygodnie nie były dla mnie zbyt łaskawe pod względem możliwości odbywania sensownych treningów, do tego kilka innych czynników i w konsekwencji taki efekt.

klasyk beskidzki

Kolejny podjazd wytrzymałem, ale brakło, jak to w moim przypadku często bywa… na zjeździe. Puściłem koło, a grupa, już w mocno poszarpanym składzie, odjechała. Samotna gonitwa była bez sensu, więc poczekałem na grupkę, która urwała się na pojeździe. Tempo delikatnie spadło w połowie wyścigu, jakby z braku wiary w możliwość dogonienia tych na czele. Zdążyłem odpocząć chowając się w małym peletonie przez prawie 20 km.

Krótkie podjazdy nie są moją specjalnością, ale bardziej już dla własnej satysfakcji, niż dla poprawy i tak kiepskiego wyniku, urwałem się z grupy i ruszyłem nie oglądając się za siebie. Na wypłaszczeniu zobaczyłem, że jeden zawodnik utrzymał tempo, ale mimo dobrej współpracy doszło nas jeszcze dwóch harcowników i w takim składzie pokonywaliśmy ostatni podjazd do mety.

klasyk beskidzki numer startowy

Wynik zdecydowanie poniżej oczekiwań. Nie spodziewałem się cudów po kwietniowych zawirowaniach, ale zawsze mogło być lepiej. Po cichu liczyłem na miejsce w 30-stce… Wyszło ciut gorzej.  Trudno. W każdym razie do mety szczęśliwie dojechałem, omijając kraksy i wywrotki, no i zapewniłem sobie miejsce w pierwszym sektorze w przyszłorocznej edycji 😉 Był to też zdecydowanie mój najmocniejszy trening w tym roku, pokazujący słabości, nad którymi trzeba intensywnie pracować. Nie ma opierdzielania, bo sezon rozhulał się już na dobre, a kolejny start już 14 maja!

Podsumowując Klasyk Beskidzki 2017.

 

klasyk beskidzki 2017

Co do samego wyścigu żadnych zastrzeżeń mieć nie można. Organizatorzy zadbali o każdy detal, włącznie z pogodą 😉 Zrobili wszystko, co mogli, żeby było bezpiecznie i nikt się nie zgubił. Trasa zamknięta dla ruchu samochodowego to ogromy pozytyw, bo odpada duże zagrożenie. Na każdym skrzyżowaniu straż, albo policja, a mimo intensywnych opadów deszczu przez ostanie dni asfalt, w miarę możliwości oczyszczony.

Zapanowanie nad 380-cio osobową grupą to duże wyzwanie. Jak na taką frekwencję wszystko było mocno dopięte. Było gdzie zostawić samochód, a na mecie każdy dostał sensowną porcję makaronu, co niestety nie zdarza się wszędzie. Poza tym doskonała atmosfera i niezwykle malownicza trasa. Wszystko razem daje efekt naprawdę rewelacyjny i wpływa na rosnącą popularność wyścigu kolarskiego po ziemi Łemków. Ciekawe czym zaskoczy Klasyk Beskidzki 2018, który rozpocznie się już za 363 dni. Ja już nie mogę się doczekać! 😉

Pin It on Pinterest

Share This